Traviata - Giuseppe Verdi

15 lutego 19:00
Kategoria:
Opera
Czas trwania:
180 min.
Bilety od:
40 zł
Język:
włoski z polskimi napisami

O spektaklu

"Traviata" Giuseppe Verdiego to jedna z tych oper, które najbardziej poruszają publiczność na całym świecie. Opowiedziana dźwiękami historia miłości niemożliwej, przekraczającej konwenanse epoki. Opera miała prapremierę w Wenecji w 1853 r., libretto powstało na podstawie "Damy Kameliowej" Aleksandra Dumasa - syna. Aż trudno uwierzyć, ale premierowe przedstawienie sprzed 160 lat zakończyło się niepowodzeniem. Być może na drodze do sukcesu stanął realizm opery i trudne do zaakceptowania dla ówczesnej publiczności uczynienie z kurtyzany głównej bohaterki dzieła. To zaskakiwało i szokowało. Dziś dzieło Verdiego należy do najczęściej wystawianych w świecie oper, a kolejne pokolenia wzrusza historia uczucia Violetty i Alfreda. Na ich drodze do trwałego szczęścia staje najpierw sprzeciw ojca Alfreda, później odsunięcie się Violetty dla dobra ukochanego, wreszcie choroba i śmierć tytułowej bohaterki. Słynny toast "Libiamo" z I aktu, wspaniałe arie i duety, a także efektowne sceny zespołowe, przejmująca prawda emocjonalna bijąca z każdej strony partytury to główne walory tego porywającego arcydzieła, prezentowanego wrocławskiej publiczności w 200. rocznicę urodzin Giuseppe Verdiego.

Streszczenie libretta

Akt I
W apartamentach kurtyzany Violetty Valery odbywa się bal. Młody Alfred Germont wznosi toast na cześć miłości. Alfred kocha Violettę od dawna. Nie kryje swych uczuć, jednak Violetta oświadcza, że nie potrafi kochać i radzi Alfredowi aby o niej zapomniał. Jednak gdy zostaje sama, rozmyśla nad pustym życiem jakie pędziła dotychczas i postanawia zacząć nowe u boku Alfreda.

Akt II
Odsłona 1
Alfred i Violetta żyją w ustronnej willi pod miastem. Kiedy Alfred dowiaduje się, że Violetta ma kłopoty finansowe, postanawia zdobyć pieniądze, by pomóc ukochanej. Po jego odjeździe do Paryża w willi zjawia się ojciec Alfreda. Chce odebrać Violetcie syna. Gdyby narzeczony siostry Alfreda dowiedział się, że Alfred żyje z byłą kurtyzaną, zerwałby zaręczyny. Ojciec błaga Violettę, by dla dobra Alfreda i jego rodziny zrezygnowała ze swej miłości. Violetta godzi się na tę najcięższą ofiarę. Gdy Alfred wraca, oświadcza mu, że musi wyjechać. Po jej odjeździe Alfred odnajduje list, w którym Violetta oznajmia, że wraca do Paryża, by prowadzić dawny tryb życia. Zazdrosny i rozgniewany Alfred wybiega z domu i spotyka ojca. Starzec prosi go, by nie szukał Violetty i wrócił do rodziny. Alfred nie słucha go i jedzie do Paryża.

Odsłona 2
U Flory Bervoix, przyjaciółki Violetty, odbywa się przyjęcie. Jest na nim Violetta z baronem Douphol. Zjawia się Alfred. Udając, że nie dostrzega Violetty, gra z baronem w karty. Wygrywa poważne sumy, potem kłóci się z rywalem i wreszcie wyzywa go na pojedynek. Violetta próbuje temu zapobiec; wtedy Alfred obrzuca ją obelgami i rzuca jej pod nogi wygrane pieniądze. Upokorzona Violetta mdleje. Zjawia się ojciec Alfreda, który wyrzuca synowi brutalne zachowanie.

Akt III
Ciężko chora Violetta leży samotna w swym mieszkaniu. Przed śmiercią chce jeszcze raz ujrzeć ukochanego. Alfred, który dowiedział się już, jak wielką ofiarę poniosła dla niego Violetta, zdołał wybłagać u ojca zezwolenie na ślub. Obaj przybywają obaj do domu Violetty. Na widok Alfreda Violetta zapomnieć chce o swej chorobie. Niestety, wyczerpana umiera w ramionach ukochanego.

(Streszczenie libretta według "Przewodnika operowego" J. Kańskiego)

Obsada

Recenzje spektaklu

W świecie celebrytów

Anna Lichorowicz jako Violetta, Sang-Jun Lee - jej ukochany Alfredo i Matteo Suk jako Giorgio Germont - ojciec Alfreda - zebrali najżywsze oklaski po premierze "Traviaty" Giuseppe Verdiego w Operze Wrocławskiej.
Spektakl wyreżyserował Adam Frontczak, umieszczając akcję opery we współczesnym światku celebrytów. Wszyscy tu się bawią - pod czujnym okiem paparazzich, a odpoczywać muszą, żeby mieć siłę do dalszej zabawy. I knowań, bo przecież świat celebrytów bez nich nie istnieje. Violetta chce w życiu tylko przyjemności. Już wie, że życie w bogactwie i ciągłej zabawie nie przynosi szczęścia, więc przyjemność jest jej potrzebna, "żeby nie myśleć", ale przytrafia jej się coś zaskakującego. To prawdziwa, wszechogarniająca miłość.
Scena błyszczy (brawo dla Pawła Dobrzyckiego - scenografia, inscenizacja i reżyseria świateł oraz Małgorzaty Słoniowskiej -kostiumy), społeczność bohaterów także błyszczy, choć nie żyje prawdziwym życiem. Wszystko i wszystkich odmieni miłość. Mam tylko zastrzeżenie do scenicznych paparazzich-niezdecydowanie buszowali z aparatami fotograficznymi wśród sław.
Anna Lichorowicz (przepiękny sopran wykorzystany w tej bardzo przecież trudnej do wyśpiewania partii) była pełna autentycznego wdzięku. Violetta w jej interpretacji to osoba z charakterem i silna, choć swojej siły nie wykorzystała, by się bronić przed zawistnym światem.
Strzałem w dziesiątkę okazał się Matteo Suk (baryton), poruszający jako ojciec Alfreda. Im dalej od premierowego wydarzenia, tym cieplej myślę o kreacji Matteo Suka, przyćmił nawet Alfreda. Giorgio Germont przychodzi do kochanki swojego syna i tłumaczy jej, dlaczego powinna zrezygnować z tego romansu. Tłumaczy zawile i niewspółcześnie, bo nie wyobrażam sobie, by współczesną młodą dziewczynę obchodził potencjalnie zły los siostry kochanka (siostra właśnie wychodzi za mąż, a skalać ją może związek brata). Ojciec miota się, bo chce dobrego i szczęśliwego życia dla swoich dzieci. I choć przesłanki szczęścia w "Traviacie" pochodzą z dawnej epoki, to jednak ojcowskie emocje w aktorskiej interpretacji Matteo Suka wciąż pozostają żywe, zrozumiałe i poruszające.
Historia Violetty jest stara, Aleksander Dumas spisał przecież dzieje XVI-wiecznej prostytutki. Verdi chciał, by współczesny mu XIX-wieczny odbiorca, odebrał je jako aktualne. Czy dziś kogokolwiek obchodzą losy "takich" dziewcząt i złamane serca? Tak! Przed premierą Adam Frontczak tłumaczył, że Verdi pisał dla XIX-wiecznego odbiorcy historię, która mogłaby się zdarzyć widzom zaraz po wyjściu z opery i pójściu do kawiarni. Takich kurtyzan co prawda już nie ma, ale podobne historie dotykają współczesnych.
W kolejnych scenach, konsekwentnie prowadzonych przez reżysera, rosła temperatura uczuć. Także w tej kameralnej, kiedy w trzecim akcie, Violetta gaśnie w swoim paryskim mieszkaniu, pod opieką Anniny (dobra rola Anastazji Lipert). A kulminacją - jak to w świecie celebrytów, pod czujnym okiem kamer, aparatów i plotkarskich uczestników wszelkich zabaw-jest ta z trzeciego aktu. U Flory (Katarzyna Haras) zbiera się towarzystwo, Violetta przychodzi z baronem Doupholem (Jacek Jaskuła), a Alfredo przy stoliku wygrywa pieniądze, by rzucić je dawnej ukochanej w twarz. W tej scenie klasę także pokazuje ojciec Alfreda, potępiając syna publicznie.
Widowiskowe i bardzo barwne są sceny, w których tłum się bawi, a potem żywo reaguje na znieważenie kobiety. Brawo dla Anny Grabowskiej-Borys za przygotowanie chóru, a ruch sceniczny i choreografia (ich autorką jest Bożena Klimczak), świetnie pasowały do całości. Muzycznie "Traviata" nie zawodzi, partie solistów są znakomite, a orkiestrę bardzo dobrze poprowadził Bassem Akiki.
Jaki z tego płynie morał? Nic się nie zmieniło, we współczesnym świecie to wciąż kobieta musi poświęcić się dla mężczyzny (i szczęścia innej kobiety). I płaci za to najwyższą cenę.

Opera Wrocławska, Giuseppe Verdi, "Traviata", reż. Adam Frontczak, kierownictwo muzyczne i dyrygent Bassem Akiki, inscenizacja, scenografia, reżyseria świateł Paweł Dobrzycki, kostiumy Malgorzata Słoniowska, wystąpili m.in.: Anna Lichorowicz (Violetta), Sang-Jun Lee (Alfredo), Matteo Suk (Giorgio Germont), Katarzyna Haras (Flora Barvoix). Premiera 27 kwietnia.
czytaj więcej
Małgorzata Matuszewska
POLSKA Gazeta Wrocławska

Łódź i Wrocław - dwie "Traviaty"

Jedno z przedstawień Damy kameliowej obejrzał w 1852 roku bawiący w Paryżu Verdi, który znacznie wcześniej poznał powieść Dumasa-syna. Tym razem jednak dramat głównych bohaterów przemówił do niego z całą siłą. Wyszedł zachwycony i wzruszony oraz przekonany, że to dzieło stanowi wdzięczny materiał na operowe libretto. Jako człowiek czynu zaraził swoim entuzjazmem Francesco Marię Piavego, który w oparciu o sztukę Dumasa napisał libretto nowej opery.
Verdi równie szybko zabrał się do pracy nad partyturą - Dla Wenecji piszę "Damę kameliową". Inny kompozytor nie podjąłby się tego ze względu na kostiumy, epokę i tysiąc innych głupstw. Ja robię to z największą przyjemnością - napisał do jednego z przyjaciół. Tak powstała Traviata, klasyczny melodramat z wielką miłością, gwałtownymi emocjami, tragicznym finałem i pięknymi melodiami w które wpisany jest dramat głównych bohaterów. Dzieło bijące od lat rekordy powodzenia, jednakowo kochane przez publiczność i śpiewaków, którym Verdi dał tutaj wyjątkowo wdzięczne pole do popisu. Żaden dyrektor teatru operowego nie może spać spokojnie nie mając w repertuarze swojego teatru tej pięknej melodyjnej opery. Nie bez racji utarło się w operowym światku powiedzenie: dwa lata i znów Traviata. Myślę, że najlepszą ocenę wartości Traviaty wydał sam Aleksander Dumas-syn: Za pięćdziesiąt lat nikt by nie pamiętał o mojej "Damie Kameliowej". Ale Verdi uczynił ją nieśmiertelną.
Prapremiera Traviaty odbyła się 6 marca 1953 roku (po zaledwie trzech tygodniach prób) na scenie weneckiego Teatro La Fenice i była to jedna z największych klęsk w życiu Verdiego. Opera i jej wykonawcy zostali przez publiczność wygwizdani. Dlaczego? Po pierwsze, nie budzący zaufania tytuł: Traviata - oznaczający w przenośni kobietę upadłą, która zeszła z właściwej drogi. Kurtyzana jako główna bohaterka opery i to ukazana jako postać szlachetna zdolna, w imię prawdziwej miłości, do największego poświęcenia? Odczytano to jako prowokację dla mieszczańskiej moralności. W dodatku akcja rozgrywająca się w połowie XIX wieku, czyli współcześnie. Dramat Violetty był zarazem jawnym oskarżeniem pruderyjnych stosunków panujących w owych czasach. Szlachetność kurtyzany i jej czysta miłość to było coś co szokowało i nie mieściło się jeszcze w ówczesnej mentalności. Verdi po raz pierwszy w swojej twórczości odwołał się do współczesnej rzeczywistości rozgrywając całą akcję w konwencjach dramatu mieszczańskiego i literatury realistycznej.
Czternaście miesięcy po klęsce w La Fenice Traviatę wystawiono 5 czerwca 1854 roku ponownie również w Wenecji, ale już w Teatro San Benedetto. Sukces przeszedł wszelkie oczekiwania. Nie było jeszcze w Wenecji sukcesu równego sukcesowi "Traviaty" - napisał do nieobecnego na premierze Verdiego Ricordi. Trzeciego wieczoru szaleństwo oklasków miało w sobie coś satanistycznego - wtórował Ricordiemu Gallo. Jak na to wszystko zareagował Verdi? "Traviata", którą wykonuje się obecnie w San Benedetto nie różni się niczym, najzupełniej niczym od wykonywanej w ubiegłym roku w La Fenice, z wyjątkiem kilku transpozycji i małych retuszy, które poczyniłem - oświadczył kompozytor przebywający w Paryżu. Tak właśnie rozpoczął się, trwający do dzisiaj, tryumfalny pochód Traviaty przez światowe sceny. Można spokojnie zaryzykować stwierdzenie, że nie ma wieczoru w roku by gdzieś w świecie, w światłach scenicznej rampy nie ożywała na nowo żarliwa czysta miłość Violetty i Alfreda.
W przypadku Teatru Wielkiego w Łodzi i Opery Wrocławskiej raz jeszcze sprawdziło się powiedzenie: "Dwa lata i znów Traviata." Ledwie zeszły z afisza poprzednie inscenizacje, ta w Łodzi była grana z niewielkimi przerwami od 1986 roku, wrocławska funkcjonowała od 2006, a już w obu przypadkach mieliśmy premiery nowych, które odbyły się w tym samym terminie 27 i 28 kwietnia.
Łódzkiej Traviacie kształt sceniczny nadali: Janina Niesobska i Waldemar Zawodziński, reżyseria i inscenizacja. Dodatkowo Niesobska jest twórcą choreografii, a Zawodziński reżyserii świateł. Scenografię zaprojektowała Katarzyna Zbłowska, kostiumy Xymena Zaniewska. Kierownictwo muzyczne sprawował Eraldo Salmieri. Twórcami wrocławskiego przedstawienia są: Adam Frontczak - reżyseria, Paweł Dobrzycki - scenografia, Małgorzata Słoniowska - kostiumy. Bożena Klimczak opracowała choreografię. Kierownictwo muzyczne tym razem objął Bassem Akiki.
Łódzka inscenizacja nie prezentuje kolejnego odkrywczego spojrzenia na starą poczciwą Traviatę, jednak broni się ona reżyserską rzetelnością i klimatem. Reżyserka zadbała by na scenie królowały paryskie salony z dawno minionej epoki z całym ich bagażem dobrego i złego gustu. Spory udział w budowaniu atmosfery mają: efektowna scenografia (schody lustra i skórzane fotele) nawiązująca do stylu art deco i bajeczne kostiumy (takie same jak w inscenizacji z 1986 roku) oraz nastrojowe światło. W takiej scenerii poruszają się bohaterowie budując w najbardziej tradycyjny sposób tragiczną historię miłosną. Od początku do końca przedstawienia w sytuacjach scenicznych panuje logika zdarzeń ściśle powiązana z muzyką i librettem opery. Jednym z ciekawszych pomysłów było pozostawianie na scenie na zasadzie stop klatki całego zespołu w obu wielkich scenach zbiorowych, to świetnie podkreślało dramaturgię sceny, z której każda miała właściwą sobie atmosferę i klimat.
We Wrocławiu akacja została przeniesiona do współczesności i dzieje się w efektownej scenerii teatru rewiowego, którego głównym elementem scenografii są ogromne schody i stylizowane kielichy kwiatowe. Tyle tylko, że tutaj reżyseria okazała się znacznie mniej sprawna, przez co kilka pytań o sens działań samych ciśnie się na usta. Mam wrażenie, że reżyser nie bardzo wiedział jak ustawić w I akcie słynną scenę zbiorową z udziałem solistów i chóru. Tworzenie kółek, ruch sceniczny z gatunku: dwa kroczki do przodu, cztery do tyłu i dwa w bok, a do tego rączki do góry i pląsający walczyk dzisiaj trącą lekko anachronizmem.
Podobnie jak strzelające konfetti. Na szczęście już dwie kolejne sceny (wiejska i u Flory) mają właściwą dramaturgię i budowany konsekwentnie klimat, prowadzący do tragicznego finału. W drugim akcie byliśmy świadkami dynamicznej sceny balu u Flory z interesująco opracowaną sceną baletową. Tutaj udało się reżyserowi zbudować tę gęstniejącą z minuty na minutę atmosferę, której punktem kulminacyjnym jest scena kiedy Alfred płaci Violetcie za "usługi". I tu klops, po co ta szamotanina Alfreda, który rzuca pieniądze i podnosi, aby nimi jeszcze raz cisnąć w biedną Violettę. Myślę, że akurat tutaj sprawdziłaby się stara maksyma: raz, a dobrze. Równie bulwersujący okazuje się początek ostatniego aktu, kiedy Violetta okazuje się nie chorą na gruźlicę, ale damą pociągąjącą z butelki alkohol i zataczającą się po scenie, oceniam to w kategorii nieporozumienia. W końcu jednak Violetta umiera tradycyjnie, ale zanim się tak stanie wbiega Alfred z suknią balową (kolejne - po co?).
Obie Traviaty miały swoich bohaterów. W Łodzi była nim Joanna Woś, która szybko udowodniła, że nadal nie ma w kraju konkurentki! Każdy jej gest i ruch podporządkowany był muzyce, ekspresji i dramaturgii tworzonej postaci. Jej Violetta zachwyca nie tylko wspaniale brzmiącym, bogatym w alikwoty, głosem i kapitalną techniką, ale również naturalną swobodą jego prowadzenia. Ona nie epatuje widza żadnymi tanimi sztuczkami ona daje prawdziwy, a zarazem subtelny, obraz kobiety, która bezgranicznie kocha i gotowa jest w imię tej miłości na każde poświęcenie. Jej partnerami byli Zenon Kowalski w roli Giorgio Germonta, nienaganny w stylowym prowadzeniu frazy. Jego wielki duet z Violettą w II akcie to prawdziwa perła pod względem aktorskim, ale i wokalnemu też trudno cokolwiek zarzucić.
W partii Alfreda wystąpił Mirosław Niewiadomski, którego jeszcze nie słyszałem, a który ujął mnie ładną barwą głosu, niezłą jego emisją. Był przy tym szczerze wiarygodny w tworzeniu postaci młodego człowieka nie mogącego się pogodzić z utratą ukochanej. Jak zawsze pełnię satysfakcji dała kreacja Bernadetty Grabias w partii Flory.
Bohaterem wrocławskiego przedstawienia był Mariusz Godlewski w partii dystyngowanego arystokraty Georgio Germonta. Jego kreacja ujmowała nie tylko nienagannym prowadzeniem głosu, ale również wysoką kulturą muzyczną i sugestywnym aktorstwem, co pozwoliło mu stworzyć wiarygodny obraz ojca Alfreda. Partię Violetty śpiewała Siri Jo dysponująca interesującym w barwie głosem o wyrównanym brzmieniu. Jednak jej maniera nadużywania rąk jako środka ekspresji, szczególnie w I akcie, drażni. Zresztą mam wrażenie, że ta młoda śpiewaczka nie bardzo mogła się w tym akcie odnaleźć. Jednak kolejne akty pokazały, że potrafi opanować ekspresję rąk na korzyść przeniesienia jej na głos. Podsumowując jej kreację można powiedzieć, że w I akcie zabrakło spontaniczności, a w III determinacji w tworzeniu obrazu granej bohaterki. W roli Alfreda towarzyszył jej Victor Campos Leal, tenor o ładnej barwie i interesującym brzmieniu, który w naturalny sposób wydobył z partii Alfreda cały jej dramatyzm nie popadając ani na chwilę w przerysowaną ekspresję.
W Łodzi Eraldo Salmieri prowadził orkiestrę w taki sposób by podkreślić urok verdiowskiej melodyki, dramatyczny puls i narastający dramat. Muzyka miała pod jego batutą właściwą dynamikę oraz tą taneczną lekkości i śpiewność, pod którą czai się od samego początku dramat głównych bohaterów.
We Wrocławiu kierownictwo muzyczne sprawował Bassem Akiki. Okazał się precyzyjny w scenach zbiorowych i wie jak wyeksponować pulsujący dramatyzm muzyki czający się od samego początku pod płaszczykiem tanecznej lekkości, a czasami nawet banalnej melodyki.
czytaj więcej
Adam Czopek
www.maestro.net.pl

Zbłąkana na dobrej drodze

Violetta Valery przegrała, ale wcielająca się w tę postać Anna Lichorowicz zdecydowanie wygrała. Wrocławska śpiewaczka i Koreańczyk Matteo Suk w roli Giorgia Germonta zachwycili publiczność premierowego spektaklu "Traviata" w reżyserii Adama Frontczaka.

Premiera była bardzo wyczekiwana. "Traviata", czyli "Zbłąkana", to przebój operowych scen, dający słuchaczom mnóstwo grzesznych przyjemności (ach, jak te kobiety powabnie upadają, a mężczyźni łatwo ulegają żądzom), ale bardzo niebezpieczny. Nie tylko dla zbawienia duszy, wystawionej na pokusę złamania szóstego przykazania.
Po pierwsze, jak opowiedzieć historię paryskiej kurtyzany umierającej z powodu nieszczęśliwej miłości i gruźlicy, żeby publiczność nie poczuta naftaliny, tylko uznała, że to problemy, w które życie może uwikłać każdego z nas. Po drugie, jak ją wyśpiewać, żeby Verdi, który pozastawiał na artystów wiele pułapek (partia Traviaty należy to najtrudniejszych w literaturze muzycznej, mówi się, że została napisana na trzy rodzaje głosu sopranowego), nie wniósł skargi o profanację do Najwyższej Instancji, a słuchacze nie pouciekali z wrzaskiem.

Gdzie ci prawdziwi mężczyźni?
Pierwszy wilczy dół z łatwością przeskoczyli reżyser Adam Frontczak i Paweł Dobrzycki, autor koncepcji inscenizacyjnej oraz scenografii. "Traviata" była dla Verdiego spełnieniem snu o operze współczesnej i mimo że od prapremiery upłynęło 160 lat, wciąż ten walor współczesności utrzymuje, trzeba tylko umiejętnie skierować nań światło. Siedzące obok mnie panie (w wieku matrymonialnym), siąkając w chusteczkę, stwierdziły, że nihil novi sub sole: z miłością (czytaj: niedorozwiniętymi emocjonalnie facetami) są zawsze kłopoty, a happy end można co najwyżej znaleźć w disnejowskim "Kopciuszku". No i jak zawsze poświęcać ma się kobieta.
Stary Germont tłumaczący Violetcie, że nie o takiej synowej marzył, wcale nie jest reliktem epoki społeczeństwa klasowego, takie historie tabloidy wałkują codziennie: czy arystokratka może przyjąć plebejusza z wyrokiem kryminalnym albo ile straci na wartości rynkowej celebryta, wiążąc się z kobietą oskarżoną o kradzież. Plotkarskie portale od jakiegoś czasu pokazują zdjęcia Joanny Liszowskiej, grającej w serialu "Przyjaciółki", uciekającej w sukni ślubnej sprzed ołtarza, bo matka pana młodego przekonała ją, że dla jego szczęścia powinna zrezygnować z małżeńskiej słodyczy.

Historia jak z tabloidu
Frontczak z Dobrzyckim wprowadzili Violettę w świat celebrytów, w którym sprzedaje się wygląd, skandale, miłostki, a dostaje w zamian nie tylko kasę i popularność, lecz także agresję, wrogość, samotność.
- Punkt ciężkości przenieśliśmy z warstwy obyczajowej na egzystencjalną. Traviata, czyli Zbłąkana, to jedna z celebrytek uwikłanych w sponsoring. Nie może znaleźć swojego miejsca w życiu i zrealizować wielkiej miłości, bo ten świat jest tak urządzony, żen jej to uniemożliwia - tłumaczył na konferencji przed spektaklem Paweł Dobrzycki.
Wrocławska Traviata faktycznie wygląda na zbłąkaną. "Przyjemność dodaje życiu pikanterii" - śpiewa na balu tłum antyszambrujący dopiero u Pudełka, ale Violetta - gwiazda mająca już miejsce na ściance - wie, że ta przyjemność jest harówką. I że wystarczy potknięcie (bo pijana i naćpana traci nad sobą kontrolę), żeby spod ziemi wyrósł paparazzi, a następnego dnia pól świata podglądało ją w internecie.
Spektakl jest bardzo konsekwentnie prowadzony, szczególnie przejmująca jest scena w III akcie, gdy dotknięty do żywego Alfredo zjawia się na przyjęciu wydanym przez przyjaciółkę panny Valery, żeby rzucić Violetcie w twarz pieniądze za miłosne usługi.
Gdy upokorzona publicznie kobieta upada, tłum w maskach zaciska krąg, emanując wrogością. Wprawdzie zgodnie z tym, co śpiewa (a śpiewa dobrze, ukłon dla Anny Grabowskiej-Borys), ta wrogość skierowana jest w Alfreda (znieważył kobietę!), ale w rzeczywistości dobija Violettę: przegrała, można ją zadziobać i zająć miejsce w tabloidach.

Śpiew jak marzenie...
Wrocławska "Traviata" jest także bardzo dobra muzycznie. Lichorowicz śpiewa rewelacyjnie, a jej duet ze starym Germontem, czyli Matteo Sukiem, był mistrzowski. Dyrektor Ewa Michnik, zapowiadając występ koreańskiego barytona, stwierdziła, że "dobrze się zapowiada", ale Matteo Suk pokazał, że więcej niż dobrze. Właściwie usunął w cień Alfreda, także Koreańczyka, Sang-Jun Lee.

...kostium z koszmaru sennego
Do tej beczki miodu trzeba jednak dołożyć łyżkę dziegciu. Nie wiem, dlaczego Małgorzata Słoniowska, autorka bardzo udanych zresztą kostiumów, ubrała Lichorowicz (i tylko ją!) w takie koszmarne sukienki, ale zrobiła jej naprawdę krzywdę. W scenie balu, kiedy wszystkie kobiety (bez względu na rozmiar) wyglądają jak milion dolarów, Lichorowicz schodzi w białej dżetowej sukni obszytej miotełką do ścierania kurzu, w której co najwyżej Angelina Jolie obroniłaby swoją urodę. Jeszcze gorzej wygląda podczas miesiąca miodowego z Alfredem. Szczęśliwa i namiętna kochanka została wbita w przyciasną koronkową sukienkę i paputki pamiętające czasy przedszkolne. Być może był w tym jakiś zamysł - Bóg wybaczył, ludzie zapomnieli, więc Violetta wygląda jak dziewczynka pierwszokomunijna - ale śpiewaczka czuje się w tym kostiumie wyraźnie źle. A ma wystarczająco trudną rolę do zagrania, żeby jeszcze myśleć, jak usiąść w tej dziwacznej kreacji przy stoliku.
Na szczęście śpiewa tak, że nawet w worku po kartoflach zrobiłaby wrażenie.
Scena śmierci autentycznie wzrusza, a o to w operze niełatwo, bo jak tu się wzruszać, kiedy artysta przez kwadrans przekonuje publiczność, że kona, śpiewając z mocą trąby jerychońskiej . "Traviata" należy niepodzielnie do Anny Lichorowicz, a ona robi z publicznością, co chce.

Premiera "Traviaty" w Operze Wrocławskiej 27 kwietnia, kolejne spektakle 3 i 4 maja.
czytaj więcej
Beata Maciejewska
Gazeta Wyborcza - Wrocław

Najbliższe spektakle

Fidelio

Kategoria:
Opera
Czas trwania:
140 min.
Bilety od:
50 zł
Kup bilet Szczegóły
19 listopada
18:00

Immanuel Kant

Kategoria:
Premiera
Czas trwania:
100 min.
Bilety od:
50 zł
Kup bilet Szczegóły
25 listopada
19:00

Immanuel Kant

Kategoria:
Premiera
Czas trwania:
100 min.
Bilety od:
50 zł
Kup bilet Szczegóły
26 listopada
18:00

PERKUSYJNE ŚPIEWANIE

Kategoria:
Koncert
Czas trwania:
60 min.
Bilety od:
10 zł
Kup bilet Szczegóły
28 listopada
19:00

Głos ludzki

Kategoria:
Opera
Czas trwania:
Bilety od:
40 zł
Kup bilet Szczegóły
30 listopada
19:00

Ubu Król

Kategoria:
Opera
Czas trwania:
Bilety od:
40 zł
Kup bilet Szczegóły
2 grudnia
19:00

Operowy Labirynt

Kategoria:
Opera
Czas trwania:
Bilety od:
5 zł
Kup bilet Szczegóły
3 grudnia
12:00

Eufolia | Ambulo

Kategoria:
Premiera
Czas trwania:
Bilety od:
40 zł
Kup bilet Szczegóły
3 grudnia
18:00

Operowy Labirynt

Kategoria:
Opera
Czas trwania:
Bilety od:
5 zł
Kup bilet Szczegóły
4 grudnia
11:00

W stronę Niepodległej

Kategoria:
Koncert
Czas trwania:
Bilety od:
50 zł
Kup bilet Szczegóły
5 grudnia
19:00